Donnerstag, 27. März 2014

Nauki przedmałżeńskie w Niemczech

Kontynuując tematykę weselną, zapraszam dziś na post o naukach przedmałżeńskich w Niemczech. Post bardzo subiektywny! :)

Zacznę może od tego, że Kościół katolicki w Niemczech jest pod wieloma względami inny niż w Polsce. Ten temat do dawna zresztą chodzi mi po głowie i poświęcę mu osobny post, więc nie będę się rozpisywać. Mówiąc krótko i zwięźle, jest bardziej liberalny i otwarty. O czym się zaraz przekonacie... ;)

 Tylko dla chętnych

Obowiązek odbycia kursu przedmałżeńskiego nie istnieje. Jest to sympatyczna opcja dodatkowa, z której możemy skorzystać, ale nie musimy - w Niemczech nikt nie będzie od nas wymagał żadnego zaświadczenia. Chętni mogą skorzystać przede wszystkim z oferty jednodniowych lub weekendowych warsztatów.

W tym miejscu udzielę cennej rady parom mieszkającym lub pracującym w Niemczech, a planującym pobrać się w Polsce: jeśli to tylko możliwe, nawet jeśli Wasz język nie jest na najwyższym poziomie, skorzystajcie z okazji i zróbcie taki kurs tutaj!



 Ulotki reklamujące spotkania przedmałżeńskie - tradycyjne (u góry) i niekonwencjonalne (u dołu).

Źródło: Internet




Na spotkaniach przedślubnych spotkać można sporo polskich bądź polsko-niemieckich par. Zaświadczenie, które otrzymacie, będzie honorowane w Polsce. Na życzenie przygotowuje się dwujęzyczne druki. My bez problemu dostaliśmy świadectwo w języku polskim, a w stronach, w których wówczas przebywaliśmy, nie było wcale dużych skupisk Polonii.

Jako że na niemieckich naukach przedmałżeńskich byliśmy tylko raz, a nie znam zbyt wielu par, które podzieliłyby się ze mną swoimi doświadczeniami, pozwolę sobie na nieco więcej prywaty i opiszę, jak było u naszym przypadku.


Moim okiem...

W diecezji, do której należeliśmy, spotkania przyszłych małżonków organizowane są one na dość wysokim poziomie i noszą nazwę Ein Tag für uns (Dzień dla nas). Są odpłatne, ale jest to niewielka kwota.

Nasze spotkanie rozpoczęło się w rankiem w sobotę i trwało do godziny 17.00. Prowadziło je sympatyczne i bardzo bezpośrednie małżeństwo w średnim wieku. Dysponowało pięcioletnim stażem. Ona: doktor teologii, on: spoza kościelnej „branży”, ewangelik.


Fot. Polschland

Sala była pełna; siedzieliśmy w kręgu. Oczywiście spotkaliśmy też inne pary z Polski bądź z polskimi korzeniami. Naturalnie wszystkie zdecydowały się na kurs z obowiązku. Co do reszty towarzystwa, było mieszane pod względem wieku i konfesji. Większości towarzyszyły pobudki duchowe i chęć samorozwoju.

Warsztaty rozpoczęły się od rundki powitalnej. Należało ustawić się zgodnie z kolejnością alfabetyczną imion i powiedzieć kilka słów o sobie, a następnie zająć odpowiednie miejsce w szeregu biorąc pod uwagę staż związku. Aby ułatwić identyfikację i przełamać lody, każdy miał identyfikator z imieniem i nazwiskiem.

Spotkanie podzielone było na kilka części, z których każda składała się z pojedynczych „jednostek”. Najpierw należało powiedzieć, za co kocha się swojego partnera i co nam się najbardziej w nim podoba. Był to bardzo wzruszający moment dla wszystkich, choć... partner czy partnerka nie zawsze miał okazję usłyszeć to, czego się spodziewał. Kolejnym zadaniem, realizowanym już w parach, było przeniesienie na papier swojej wizji przyszłego domu i małżeństwa. Do dyspozycji były kredki i bloki. Gotowe rysunki zostały omówione przez uczestników na forum grupy.

Kolejne ćwiczenie odbyło się w grupach sześcioosobowych. Trzeba było dokończyć zdanie zaczynające się od słów: Nasze małżeństwo będzie udane, jeśli... . Burza mózgów zaaowocowała wieloma propozycjami, które na bieżąco zapisywało się na karteczkach. Prowadząca warsztaty ułożyła w tym czasie na podłodze rozczłonowany tekst przysięgi małżeńskiej. Do każdego fragmentu dopasowywaliśmy nasze propozycje. Czyli: od teorii do praktyki. Na końcu teolog (teolożka?) wyłożyła nam sens i znaczenie każdego zdania przysięgi szczegółowo - z „kościelnego” na „nasz”.



Migawki z innych spotkań tego typu. U góry odpowiedzi uczestników na pytanie Co cementuje małżeństwo? Poniżej ćwiczenie, które wykonaliśmy także i my.

Źródło: Internet

Oczywiście w trakcie spotkania był czas na przerwy, w tym jedną dłuższą, obiadową. Większość osób pozostała w budynku, wspólnie złożyliśmy zamówienie na telefon w pizzerii (posiłek był w cenie warsztatów). Jako że siedzieliśmy w jednej dużej sali, była to dodatkowa okazja, żeby zapoznać się bliżej z innymi parami, poopowiadania sobie o przygotowaniach do nadchodzącego ślubu, szczegółach dotyczących muzyki, menu, strojów itp. Miło było usłyszeć, że każdy miał podobne przeżycia.

Po pauzie przyszedł czas na objaśnienia teologiczno-sakramentalne oraz naświetlenie różnic między poszczególnymi religiami w kwestii małżeństwa. Uczulono nas na problemy i formalności, które należy mieć na uwadze podczas brania ślubu z osobą innego wyznania, w innej miejscowości, za granicą itp.

Podczas krótkiego, ale obfitującego w z życia wzięte przykłady wykładu, dowiedzieliśmy się na czym polegają różnice w sposobie komunikacji między kobietami a mężczyznami - które z pewnością są przyczyną wielu niepotrzebnych małżeńskich sprzeczek. Jak trudno czasem się porozumieć w najprostszych kwestiach, mimo iż mówi się tym samym językiem, przekonaliśmy się podczas gry. Polegała ona na tym, że siedzieliśmy odwróceni do siebie plecami, jedna osoba miała kartę z rysunkiem (dość schematycznym i prostym), a druga musiała wg jej wskazówek oddać na papierze ów przedmiot. Nie mogły na siebie patrzeć ani wymieniać nazwy rzeczy. Okazało się, że nie jest to takie proste! Nic dziwnego, że słychać było co rusz salwy śmiechu. Nie zawiniły nasze umiejętności kreślarskie, a właśnie niezrozumienie na linii mówiący - rysownik.



To miała być choinka, ale jak widać nie zrozumieliśmy się z Narzeczonym... ;)

Fot. Polschland

Kolejna burza mózgów skupiła się na tym, co potrzebne jest nam do ślubu kościelnego. Zapisane na kartkach propozycje zostały omówione przez prowadzących, którzy mówili z własnego doświadczenia i niejednokrotnie sprowadzali uczestników na ziemię, w przypadku np. ślicznie wyglądających (tylko) na filmie dzieci sypiących kwiatki czy ambitnych (acz nierealnych) planów nauczenia się tekstu przysięgi na pamięć. ;)

Nie unikano kwestii drażliwych, np. tego, ile ma wynosić „co łaska” dla organisty (księdzu się nie płaci) - co było zabawne, ponieważ jeden z uczestników był organistą, czy świadkowie mogą być innego wyznania i jedynie po ślubie cywilnym (mogą). 

W kwestii tego, czy czy trzeba się spowiadać przed ślubem, prowadząca (a przypomnę, że doktor teologii katolickiej) postawiła sprawę jasno: otóż nie trzeba. Zależy to tylko i wyłącznie od woli pragnących się pobrać osób.

Wymagane przez polskich księży zaświadczenia odbytej spowiedzi są notabene sprzeczne z prawem kościelnym i powodują ekskomunikę osoby, która wymaga potwierdzenia - tajemnica spowiedzi obejmuje bowiem nie tylko treść spowiedzi, ale fakt, że do tego sakramentu się przystąpiło. Tym samym, paradoksalnie, księża sami na siebie ściagają ekskomunikę! Ale widocznie co kraj to obyczaj...

Ostatnim ćwiczeniem w parach, które ze względu na swoją delikatność nie było omawiane w grupie, było wypełnienie kwestionariusza dotyczącego siebie i partnera. Pytania brzmiały np. Jak reaguję, kiedy mnie krytykuje?, Jak się czuję, kiedy nie poświęca mi uwagi? I tak dalej. Jak nas poinformowano, nierzadko zdarza się, że pary po wykonaniu tego zadania i rozmówieniu się po prostu dochodzą do wniosku, że nie pasują do siebie i rezygnują ze ślubu. Na wszelki wypadek prowadzący mieli przygotowane inne propozycje dla borykających się z problemami w związku. ;)

Okazało się jednak, że nikt z naszej osiemnastoosobowej grupy nie ma zamiaru się rozstawać i przeszliśmy do kolejnej części spotkania: omówienia przebiegu ceremonii i mszy, pytań z sali, propozycji czytań, przedstawienia oferty katolickiej poradni małżeńskiej, rozdania ulotek i materiałów dodatkowych. Zakończyliśmy nauki błogosławieństwem (i była to jedyny element stricte religijny w ciągu tego dnia) oraz wysłuchaniem symbolicznej opowieści o małżonkach szukających szczęścia po całym świecie, a znajdujących je we własnym domu.


Wspólna msza święta uczestników jednego ze spotkań przedmałżeńskich
Źródło: Internet


Nie obeszło się też bez ewaluacji: każdy miał ocenić warsztaty biorąc do ręki kamień lub balonik - na znak tego, co mu się nie podobało, a co było dobre. Ogólna ocena wszystkich uczestników była bardzo pozytywna. Prowadzący podzielali tę opinię, bo... ewaluacja była obustronna. ;)

 Czyli...

Podsumowując, mamy bardzo miłe wspomnienia z tego dnia. Do dziś cieszymy się, że udało się nam odbyć nauki przedmałżeńskie w Niemczech, a nie w Polsce, gdzie niestety często przybierają one formę przykrego obowiązku, który trzeba „odfajkować”.


Posłowie

Gwoli uzupełnienia: kwestia naturalnego planowania rodziny czy też antykoncepcji nie była poruszana w ogóle. Nikomu nawet do głowy nie przyszło zagadnąć o śluzy, temperatury itp. A nawet jeśli by się tak stało, ręczę, że nie usłyszelibyśmy z ust prowadzących sformułowań „prezerwatywa to zło” etc. W tej kwestii każdy musiał odwołać się do własnego sumienia, a moralizowanie czy „teoretyczne teorie” były tym dwojgu obce. Otwarcie i szczerze wypowiadali się także na temat współżycia seksualnego przed ślubem. Ich zdaniem, do udanego małżeństwa należy też i ten aspekt. Powinno się zatem, przed przyrzeczeniem sobie wierności i miłości aż do śmierci, dopasować pod tym względem.

Szanowna Czytelnieczko/Szanowny Czytelniku, mam nadzieję, że nie reagujesz teraz świętym oburzeniem. O tak, na podwójną moralność nie było tam miejsca! ;)

Pozostałe posty z serii:

oraz

Kommentare:

  1. Ta spowiedź niestety dotyczy tylko chyba Niemiec... W Polsce nadal trzeba pokazać księdzu karteczkę, że się było u spowiedzi...

    Fajne te nauki przedmałżeńskie mieliście.

    AntwortenLöschen
  2. Wow! Bardzo ciekawy wpis! Będę go polecała moim uczniom :)!

    AntwortenLöschen
  3. Wg mnie te nauki są świetne. Mieszkamy z narzeczonym w Niemczech, ale ślub bierzemy w PL. Właśnie szukam jakichś nauk w necie w DE, bo ksiądz proboszcz z mojej parafii w PL powiedział, żebyśmy sobie to właśnie za granicą załatwili. Tylko jest jeden problem - język niemiecki. Niestety nic nie rozumiemy :( Będę chyba musiała szukać jakiegoś polskiego księdza... Pozdrawiam - Natalia

    AntwortenLöschen