Donnerstag, 22. Januar 2015

W drogerii - niemieckie produkty, które polecam

Chętnie robię zakupy w drogeriach, interesują mnie nowinki kosmetyczne i lubię być na bieżąco w tej materii. Obserwuję wiele kosmetyczno-makijażowo-włosowych blogów, czytam recenzje i widzę, że co jakiś czas pojawiają się wpisy typu "Co kupić w DM-ie?" albo haule zakupowe z Niemiec. Wydawało mi się, że temat jakoś zupełnie nie pasuje do profilu bloga, jednak ośmielona postem Diany, postanowiłam wtrącić swoje trzy grosze. :)

Wpis nie jest w żaden sposób sponsorowany; wszystkie rzeczy zakupiłam za własne pieniądze, sama od długiego czasu ich używam z pełną odpowiedzialnością mogę polecić. 

Gdzie robię zakupy? Najczęściej w Rossmannie. Do niedawna w okolicy, w której mieszkam nie było DM-u i siłą rzeczy zaopatrywałam się właśnie tam, jak również w drogerii Müller, która notabene ma główną siedzibę w moim mieście. Mimo iż jakiś czas temu powstała w pobliżu duża filia DM-u, najbardziej przywiązana jestem do Rossmanna. Nie przepadam natomiast za Douglasem.

Czytając polskie blogi odnoszę często wrażenie, że deemowskie marki takie jak np. Balea czy Alverde spowija aura tajemnicy, ba! stanowią obiekt pożądania. Poświęciłam temu zresztą osobny wpis. Jest tak oczywiście dlatego, że sieć ta nie ma swoich sklepów w Polsce, stąd ten efekt zakazanego owocu. ;)

Co do Müllera, to w dużych filiach oprócz kosmetyków i chemii gospodarczej znajdziemy tam niemal wszystko, z artykułami biurowymi, zabawkami, zastawą stołową, płytami CD, przekąskami, herbatami i zdrową żywnością, ozdobami dla domu, biżuterią, rajstopami itd., itp. włącznie. Müller ma w ofercie najszerszą gamę produktów markowych (m.in. rozbudowany dział perfumeryjny i kosmetyków luksusowych), jak i swoje własne marki. Ta drogeria jest nieco droższa od Rossmanna i DM-u, jednak cieszy się dużą popularnością; ponadto na każde następne zakupy otrzymujemy zniżkę zależną od wydanej kwoty - radzę więc zbierać paragony!

Zapraszam do lektury!

Życie w Niemczech i wszechobecny tu kult tego, co organiczne, bio i eko także i na mnie wywarł swój wpływ. ;) Staram się robić coś dobrego dla Matki Natury, choćby i metodą małych kroczków. Wierzę, że ma to sens.

Produktem z tego zdjęcia, którego używam najdłużej, są ekologiczne tabletki do zmywarki typu "wszystko w jednym". Dodam, że posiadam zmywarkę z opcją 3 w 1, więc sama nie pobiera soli i nabłyszczacza. Dodatkowo ustawiam program oszczędnościowy. Tabletki zapakowane są w rozpuszczalną osłonkę, co oznacza brak folii, odpakowywania, wyrzucania itd. Jestem z nich zadowolona i podobne opinie słyszałam też od przypadkowych klientów. Do nabycia w Rossmannie.

Na ekologiczne produkty do czyszczenia kuchni i łazienki także przestawiłam się jakiś czas temu. Nie są może tak silne w działaniu jak zwykłe, ale liczy się dla mnie idea. Serię Denk mit znajdziecie w DM-ie (tu: płyn do mycia naczyń i żel do WC), spray do łazienki kupiłam w Müllerze.

 Źródło: Internet

Niemieckie produkty typu kawa czy chemia gospodarcza owiane są legendą. Proszki mają prać lepiej i być bardziej wydajne, płyny do mycia naczyń są bardziej skoncentrowane i skuteczne, kawa, herbata, budynie i czekolada smakują lepiej. Coś w tym jest, nie przeczę. Wiele rzeczy kupowanych w Polsce - z pozoru takich samych, z niemieckimi odpowiednikami mają wspólne tylko logo. Wytwarzane są w Polsce, na licencji, na innych liniach produkcyjnych, różnią się często składem czy proporcjami, a bywa, że i gramaturą. Firmy argumentują to innymi przyzwyczajeniami polskich konsumentów, np. upodobaniem do mycia naczyń pod bieżącą wodą (mam nadzieję, że nikt z Was tego nie robi!), parzeniem kawy w kubku, preferowaniem ciemnego koloru herbacianego naparu itp.

Proszków typu OMO czy Persil u mnie jednak nie znajdziecie. Po pierwsze, nie używam żadnych proszków, ponieważ z tkanin wypłukują się gorzej niż płyny i żele. Po drugie, także i w tym przypadku stawiam na ekologiczne marki, takie jak Ecover czy Frosch. To chyba najpopularniejsze tego typu serie do prania i płukania dostępne na tutejszym rynku. No i nie zapominam o programie eko!


Te produkty eko nie są, ale warto je mieć. Po lewej tzw. bycze mydło. U mnie "firmowe", Dr. Beckanna, ale wszystkie inne mają podobne działanie - wywabiają tłuste plamy. Jeśli wszystko inne zawiodło, wypróbujcie Gallseife. Specyfik dostępny jest w kostce, jak mydło, albo w butelce. Moja ma szczoteczkę, która sprawdza się przy pocieraniu wewnętrznej strony kołnierza koszuli. Dla wegan i wegetarian adresowane są wersje roślinne.

Chwalę sobie także sztyft na plamy Dr. Beckmanna, który wyratował mnie z niejednej opresji na mieście, w pracy, podczas jakiejś imprezy.

Po prawej widzicie mleczko do czyszczenia ceranu i stali Sidol. Trochę się go naszukałam, ale warto było. Przede wszystkim dlatego, że jest to produkt 2 w 1. Wszędzie indziej oferuje się albo coś do stali, albo do płyt ceramicznych. Klient kupuje i płaci podwójnie, a po co przepłacać?
 

Jeśli jesteście posiadaczkami tłustych powiek i rolujące się cienie były Waszą zmorą, czym prędzej biegnijcie do sklepu po bazę do cieni dla oczu wrażliwych MakeUp Factory. Jest niesamowicie wydajna i rzeczywiście działa! Tubka to świetna alternatywa dla słoiczków (higiena, nic nie wysycha). Może równać się z o wiele droższym produktami tego typu. Kosztuje ok. 9 euro.

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, żebym zapłaciła 12 euro za malutki słoiczek kremu do skórek i paznokci, pewnie bym go wyśmiała. Tonący brzytwy się chwyta i... dobrze na tym wychodzi. Kiedy moje paznokcie doszły do opłakanego stanu, Ultra Rich Night Cream Art Deco był ostatnią deską ratunku. Nie pomagały mi ani łykane przez dłuuugi czas suplementy, ani inne specyfiki, zarówno olejki, jak i żele (organiczne i zwykłe). Specjalne lakiery zamiast wzmacniać płytkę, odpryskiwały, a wraz z nią płaty mojego paznokcia. Nie byłam w stanie zapuścić nawet dwóch milimetrów, bo były miękkie i stale rozdwojone. Ten produkt naprawdę mi pomógł. Moje paznokcie wreszcie dochodzą do siebie, są twarde jak nigdy dotąd, a skórki wokoło nawilżone i zadbane. Powodzenie kuracji zależy oczywiście od naszej systematyczności i czasu. Cena okazała się dla mnie elementem dopingującym do regularnego stosowania. ;) Masaż płytki i wału okołopaznokciowego wykonuję albo przed spaniem, albo podczas oglądania jakiegoś filmu. Szybko się wchłania, bardzo przyjemnie, kwiatowo pachnie i ma miłą konsystencję. Kolor - różowy. Starcza na bardzo długo.

Obie marki (producent jest ten sam) są już do nabycia w Polsce, więc tym bardziej zachęcam.

Uwielbiam zapach prawdziwej wanilii. Tej czarnej, w lasce. Problem w tym, że to przesłodzone "coś", co proponuje większość producentów, tej wanilii w ogóle nie przypomina! Podczas jednego z pobytów w Müllerze (dział kosmetyków eko) odkryciem było dla mnie stoisko z naturalnymi perfumami i aromatami. Jednym z pionierów na tym polu jest manufaktura Florascent. Wśród wielu esencji zapachowych znalazłam "swój" zapach, dokładnie ten, którego szukałam. W swoim składzie zawiera tylko trzy rzeczy: alkohol, wodę i ekstrakt z madaskarskiej wanilii. Można spryskiwać nim skórę oraz pomieszczenia, wykorzystywać w aromaterapii. Niestety jest nietrwały. Kosztuje ok. 24 euro. Z tej samej serii dostępnych jest jeszcze wiele innych (np. świetny bób tonka), można je ze sobą mieszać, kreując własne kompozycje.

Z tego, co się orientuję, nawilżająca seria L'Oreal Ever Pure jest niedostępna w Polsce. Przeznaczona jest do włosów farbowanych, ma w swoim składzie olejek miętowy i rozmarynowy, nie zawiera SLS. Pięknie pachnie, nieco cierpko, miętowo, całkiem inaczej niż większość kosmetyków do włosów. Niemal za każdym razem używam do mycia czegoś innego, więc nie wypowiem się na temat długoterminowego działania, ale moje włosy je lubią. Kosztuje do ok. 6 euro z kawałkiem, często w promocjach.

Od mniej więcej dwóch-trzech lat nie używam dezodorantów z aluminium. W Niemczech podchodzi się do tego składnika z dużą nieufnością i ostrożnością. Odpowiadając na potrzeby klientów, wiele drogerii wprowadziło system oznaczeń dezodorantów bez aluminium.

Po przetestowaniu kilku innych, wierna jestem dezodorantowi w kulce CL med Deo Balsam. Jest niedrogi (niecałe 2 euro), hipoalergiczny, oczywiście bez aluminium, cynku, konserwantów, silikonów, parafiny i alkoholu. Można nim bez najmniejszych obaw smarować pachy zaraz po depilacji. Produkt wegański, nie testowany na zwierzętach. Ma ładny, delikatny, kremowy zapach. I działa! Choć producent podaje, że to kosmetyk dla niej i dla niego, skłaniałabym się raczej w stronę damskiej części klienteli.

Olejek z australijskiego drzewa herbacianego (Teebaumöl) znam już od kilkudziesięciu lat, a to za sprawą mojej rodziny z Niemiec, która przywiozła go swego czasu do Polski - była to wówczas nowość. Służy mi do dezynfekcji drobnych ranek, do łagodzenia wyprysków, w rozcieńczeniu jako płyn do płukania jamy ustnej. Dostaniecie go w każdej drogerii.

Spray do odkażania ran Octenisept firmy Schülke także warto mieć. Nie piecze skóry, jest bezbarwny. Jedyny minus to nieco kłopotliwa aplikacja/dozowanie, zwłaszcza pod koniec. Swój kupiłam w Rossmannie.

Podobnie jak aluminium, przez wielu Niemców wyklęty jest fluor. Szerszy wybór past do zębów bez tego składnika znajdziecie w działach z kosmetykami naturalnymi. Z małym wyjątkiem - Ajonę oferuje każda drogeria (półka z pastami), a także wszystkie większe supermarkety. To pasta absolutnie kultowa! Mała tubka starcza nawet przy częstym myciu na kilka miesięcy, bo to koncentrat. Produkowana jest w Szwabii, co tłumaczyłoby, dlaczego na opakowaniu zaleca się oszczędne stosowanie i wyciskanie wielkości ziarna soczewicy... ;)

Powracające jak bumerang infekcje grzybicze znane są chyba każdej kobiecie. Przez długi czas borykałam się z tym problemem i choć przestrzegałam wszystkich zasad, nic nie było w stanie zagwarantować mi spokoju na dłużej, a lekarz tylko rozkładał ręce i podsuwał coraz to inne leki. Moim wybawieniem okazał się żel do higieny intymnej Sagella Hydra Med z ekstraktem z tymianku i goździków, roślin znanych ze swoich właściwości bakterio- i grzybobójczych. Przeznaczony jest właśnie dla kobiet, które zmagają się z wciąż powracającymi infekcjami, między 15. a 50. rokiem życia. Naprawdę działa i jest wart każdego centa. Do nabycia w aptekach, w większych - w dziale samoobsługowym. Kosztuje nieco ponad 5 euro.

Polecam przyjrzenie się bliżej ofercie firmy Sebamed. Specjalizuje się ona w kosmetykach medycznych, ale rozprowadzanych też w normalnych drogeriach. Posiadaczki cery mieszanej, tłustej i trądzikowej na pewno będą zadowolone z tego żelu pielęgnacyjnego. Ma lekką formułę, szybko się wchłania (idealny pod makijaż), nawilża, hamuje błyszczenie. Bezzapachowy, beztłuszczowy, bez emulgatorów, o pH 5,5, z kwasem hialuronowym. Warto przeglądać gazetki Rossmanna, bo często drukowane są w nich kupony rabatowe na kosmetyki tego producenta.

Na przeciwzmarszczkowy krem na noc Diadermine Falten Expert 3D skusił mnie jego dobry wynik w badaniach Stiftung Warentest. Stosuję go tylko na czoło i na noc, nie do końca regularnie, ale wydaje mi się, że efekt spłycenia zmarszczek jest. Kupiony w Rossmannie.

Jak widzicie, mało piszę o DM-ie. Niestety, nie mam jakichś najlepszych doświadczeń z markami tej sieci. Owszem, kuszą niskimi cenami, limitowanymi seriami, kolorowymi opakowaniami, różnorodnością zapachów. Ale jeśli chodzi o działanie, to jest według mnie bardzo przeciętne. Może młode dziewczyny będą zadowolone, ale ja oczekuję już czegoś więcej. Zraziłam się zwłaszcza do kremów i balsamów, ponieważ trudno się wchłaniają i trzeba męczyć się z wsmarowaniem w skórę białej warstwy - co równa się dla mnie z dyskwalifikacją. Wiele kremów do twarzy zatykało mi pory.

Kilka razy skusiłam się na żele pod prysznic z peelingiem Balei.

NIE KUPIĘ ich już nigdy więcej! 

Niestety, zawierają cząsteczki mikroplastiku. Słowo "mikroplastik" słyszysz pierwszy raz w życiu? Nie dziwię się, bo wiedza o tym składniku jest w Polsce tak mała, że aż zatrważająca.

To mikroskopijne kuleczki plastiku, które wykorzystywane są w wielu produktach, które mają za zadanie ścierać, np. w pastach do zębów, żelach do mycia twarzy i pod prysznic, w peelingach, ale nie tylko - w balsamach do ciała, kremach do twarzy i do opalania, w kolorówce, w szmponach. Niektóre są niewidoczne gołym okiem, inne owszem - na pewno widzieliście kiedyś błękitne kuleczki albo "złote dobinki" w balsamach.

Spójrz na skład swojego ulubionego peelingu, np. Joanny czy jakiegokolwiek innego: jeśli widzisz tam słowo "polyethylen", "polypropylen", "polyquaternium" czy jeszcze coś z "poly", trzymasz w ręku tykającą bombę zegarową. Cząsteczki te przenikają do środowiska i wędrują poprzez łańcuch pokarmowy do nas, odkładając się w tkankach i powodując zapalenia. Co oczu, to z serca? Wcale nie: mikroplastik występuje np. w wodzie deszczowej i w miodzie.

Lista kosmetyków z mikroplastikiem jest długa, smutna i dająca do myślenia (Balea, The Body Shop, Vichy, L'Oreal, Avon, Manhattan, Essence, Neutrogena, Nivea, Dove, Fa, Olaz itd.) . Można zapoznać się z nią tutaj. Na pewno macie w domu sporą jej część.

Jest na to rada? Świadome zakupy, uważna lektura składu, lampka ostrzegawcza i kosmetyki naturalne.

Kilka lat temu odkryłam dla siebie olejki do ciała. Gdy byłam młodsza, kosmetyki tego typu w ogóle mnie nie interesowały, wręcz nie mogłam pojąć, jak można smarować się czymś tak tłustym. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, przetestowałam też sporo produktów różnych firm. Zawsze jednak z podkulonym ogonem wracałam do jednego: olejku do ciała jojoba Terra Naturi, marki drogerii Müller. Jest to kosmetyk naturalny, wegański, mający w składzie olejek z jojoby, migdałów i słonecznika. Szybko się wchłania, cudownie, "świątecznie" pachnie (miks pomarańczy z piernikami i orientalnymi przyprawami), jest wydajny, dobrze się dozuje (butelka z pompką) i kosztuje bardzo niewiele (niecałe 3 euro). Mój faworyt! Sprawdzi się też na pewno do olejowania włosów, ale raz, że nie lubię nakładać na włosy olejów, a dwa, że zwyczajnie mi go szkoda. :) Jeśli będziecie w Müllerze, bierzcie w ciemno, co najmniej dwa-trzy opakowania! ;)

Co jakiś czas stosuję maseczki pod oczy. Najlepiej sprawdza się u mnie maseczka kolagenowa Merz Spezial z kwasem hialauronowym i ekstraktem z ogórka.

Źródło: douglas.de

Innym olejkiem, który mile wspominam, jest olejek z kwiatu migdałówca Dr. Kneippa. Wchłaniał się już nie tak dobrze, był gęstszy, ale ciepły, uspokajający zapach miał w sobie to "coś". Niestety był mało wydajny, w bardzo nieporęcznej buteleczce i kosztował niemal dwa razy tyle za mniej.

Kolejne drobiazgi, które warto kupić będąc w Müllerze to matowe pojedyncze cienie do powiek Terra Naturi z pyłem lawy wulkanicznej. Tanie, wydajne i dobre cienie, mogące równać się spokojnie z tymi z górnej półki cenowej. Stosuję je zawsze z bazą i nie mogę narzekać na trwałość. Nie osypują się. Polecam!

Drugim kosmetykiem kolorowym, bez którego nie wyobrażam już sobie makijażu, jest kredka do brwi z grzebyczkiem Terra Naturi. Miękka, dobrze się nakłada, ale nie jest tłusta, dobrze napigmentowana, trwała, niedroga. Czego chcieć więcej? Mój ideał.

Ogólnie, podczas zakupów w Müllerze przyjrzyjcie się kolorówce Terra Naturi - w Polsce marka ta jest zupełnie nieznana (bo i brak filii), a szkoda.

Naprawdę nie wiem, która to już moja tubka kremu po oczy Sebamed. Stosuję go na dzień i na noc. Nie łzawią mi po nim oczy, co wbrew pozorom nie jest takie oczywiste. Szybko się wchłania, nie warzy, doskonały jako podkład pod makijaż. Zawiera kompleks Q10 i kwas hialauronowy. Warto! Kosztuje ok. 7 euro, o ile dobrze pamiętam.

Dla odmiany, ale tylko na noc, bo dość długo się wchłania, używam organicznego kremu pod oczy Lavera. Też jest niezły, lekki. Trochę droższy, coś ok. 12 euro.

Jeśli mogę zapłacić niewiele więcej i przy okazji przysłużyć się naszej planecie, to robię to. Niemieckie drogerie oferują swoim klientkom ekologiczne wkładki higieniczne - bez folii, substancji zapachowych, przepuszczające powietrze, z bio-bawełny, wybielane bez użycia chloru. Opakowanie z recyklingu. Płatki kosmetyczne, których używam, także są z bio-bawełny.

Choć nie mam ani kompostu, ani osobnego kubła na odpadki organiczne, od jakiegoś czasu kupuję przyjazne dla środowiska worki na śmieci firmy Pely (w Rossmannie). Są naturalnie droższe od zwykłych, ale nie przeszkadza mi to. Worki są solidne, wytrzymałe, z uchwytami; pojemność 20 l.

Olejek zapachowy Frosch Oase Kwiat Granatu to także mój pewniak, a wypróbowałam już wiele innych podobnych produktów. Nie tłuści pałeczek, jest wydajny, no i oczywiście pięknie, delikatnie pachnie. Nie nachalnie i nie sztucznie. Zawiera naturalne olejki. Nie jest z tych najtańszych, ale wart swojej ceny.

Źródło: dm.de

Ebelin to jedna z deemowskich marek, obejmująca m.in. pędzle i inne makijażowe akcesoria. Z ciekawości sięgnęłam po silikonowe płatki pod oczy, które ułatwić mają wykonanie makijażu. Należy przykleić je do skóry pod oczami, najlepiej jak najbliżej dolnej powieki i linii wodnej, można uprzednio schłodzić w lodówce (opcja dobra na lato). Na co dzień, kiedy się spieszę, ich nie stosuję, ale na większe wyjścia, kiedy mam ochotę np.n na kreskę wykonaną cieniami albo ogólnie, ciemniejsze cienie, które mogłyby się osypać, są jak znalazł. Do płatków trzeba się najpierw przyzwyczaić, bo mogą przeszkadzać, ale to przydatna rzecz.

Źródło: cd-koerperpflege.de
Jedną z kultowych niemieckich marek kosmetycznych jest CD. W ostatnim czasie firma wzbogaciła swoją ofertę m.in. o piankę do mycia twarzy z micelami i ekstraktem z lilii wodnej dla cery wrażliwej. Wspominam ją mile: nie podrażniała, nie ściągała skóry i nie wysuszała jej, była bardzo wydajna. Do zmywania makijażu się nie nadaje, ale do porannej toalety - jak najbardziej. Jak wszystkie produkty CD, nie zawiera olejów mineralnych, parabenów, silikonów, barwników i substancji pochodzenia zwierzęcego.

Mam nadzieję, że zainteresował Was jakiś produkt! :)



Chociaż w mojej łazience dominują produkty niemieckie, są i takie, które zawsze przywożę z Polski. Są to przede wszystkim kosmetyki przeznaczone dla cery naczynkowej, o które w Niemczech dość trudno. Nie znajdziemy ich w każdym razie w zwykłych drogeriach, tylko w aptekach (dominują firmy francuskie). Asortyment też nie jest powalający, w przeciwieństwie do ceny.
I nie jest wcale tak, że Niemki nie mają problemów z rozszerzonymi naczynkami. Kłopot tkwi w tym, że cera naczynkowa nie jest traktowana jako osobny typ. Spójrzcie na powyższe zdjęcie, niemiecką klasyfikację typów cery: normalna, sucha, tłusta i mieszana, dojrzała, wrażliwa oraz wymagająca. Przy czym do ostatniego worka wrzucono wszystko: problemy z pigmentacją, nierówności i zaczerwienienia. To i tak postęp, bo zaczerwienienia traktuje się zazwyczaj jako atrybut cery wrażliwej. O takiej ofercie (drogeryjnej i aptecznej) jak mamy w Polsce, mogę tylko pomarzyć, więc za każdym razem, gdy jestem w rodzinnych stronach, uzupełniam zapasy.
Mam bardzo długie włosy i staram się o nie dbać. Na tutejszym rynku dostrzegam brak dobrych,  niedrogich i w miarę naturalnych odżywek do włosów bez spłukiwania, np. w typie polskiej Joanny (seria Naturia i Apteczka Babuni).
Uboższa jest też gama maseł i musów do ciała w słoiczkach, za którymi przepadam. Ogólnie, firm kosmetycznych i produktów jest też jakby mniej.

Peelingów enzymatycznych także można szukać niemal ze świecą. Wciąż są tu mało znane, podczas gdy w Polsce to żadna nowość. Podobnie ma się z płynami micelarnymi, które dopiero zaczynają trafiać do niemieckiej szerszej publiczności.

Z Polski przywożę też żel arnikowy. Tutejszy, najpopularniejszy drogeryjny, nadaje się tylko do smarowania ciała w przypadku stłuczeń i siniaków, ponieważ wzbogacony jest o dodatki chłodzące.

W Polsce znacznie bardziej opłaca się zakup słynnej szczotki Tangle Teezer. W drogerii Natura w moim mieście kosztuje on około 24 złote, podczas gdy tutaj około 15 euro, czyli mniej więcej 60 złotych. Nie wiem, skąd taka różnica. Jeśli mój TT wyzionie ducha, wiem, gdzie rozejrzę się za następcą! ;)

Pokrewny wpis:


Kommentare:

  1. Przeczytałam cały wpis niczym rasowa kobieta z wypiekami na twarzy i na pewno do niego wrócę przed następnym zakupowym wyjazdem do Niemiec. Napisałaś o tylu rzeczach, że aż nie wiem od czego zacząć komentarz. Jeśli chodzi o jakość niemieckich produktów, słynny polski szał na "chemię z Niemiec", to czytałam kiedyś oficjalne stanowisko jednej z firm, w którym rzeczniczka potwierdziła różnice w składach teoretycznie tych samych produktów z Niemiec i Polski. Znajoma fryzjerka, ze względu na pracę ma bardzo wrażliwą skórę dłoni i też mówiła, że produkty niemieckie są dużo przyjaźniejsze dla skóry, niż ich polskie odpowiedniki. O pachnącym w całym domu praniu sama kiedyś u siebie wspominałam.
    Nie maluję się, nie używam też żadnych mazideł. Nie jestem w stanie pamiętać o systematycznym wcieraniu i wklepywaniu wszystkiego, więc sobie odpuściłam temat już jakiś czas temu. Z drugiej strony bardzo bym chciała nauczyć się systematycznie używać olejków.
    Fajnie, że w Rossmanie też są warte polecenia produkty, następnym razem nie będę go już omijać szerokim łukiem ;).
    Czekam na kolejne Twoje "życiowe" wpisy, bez względu na to czy tematyka wydaje się poważna, czy też nie. Podejście do zakupów nawet tak błahych rzeczy jak chemia też świetnie pokazuje niemiecką filozofię życia: eko, bio, wybieranie swoich własnych produktów/marek.

    p.s. Zmieniłam adres bloga, ten poprzedni służy teraz za tablicę informacyjną ;). Do poczytania!

    AntwortenLöschen
  2. Ja też czytałam z wypiekami! Zgarniam kilka pomysłów, dzięki!

    AntwortenLöschen
  3. Trafiłam przypadkiem, zostaje na dłużej.
    pozdrawia polka w Niemczech! :)
    zapraszam do siebie na blog (dopiero zaczynam) http://tagebuchpopolsku.blogspot.de/

    AntwortenLöschen