Montag, 18. Mai 2015

Polak jaki jest, każdy widzi

Mieszkając poza Polską już dość długo, potrafię bez większych problemów zidentyfikować rodaka/rodaczkę na zdjęciu czy tym bardziej na ulicy. Podobne spostrzeżenia mają moi zamieszkali w DE znajomi. Napotkana osoba nie musi przy tym absolutnie nic mówić! :) 

I żeby nie było: to samo potrafię stwierdzić w przypadku innych narodowości. Niemców i Niemki w tłumie odróżnić łatwo, głównie po stroju, a także po kombinacji strój/wiek.

 Zdjęcie z zielonogórskiej palmiarni. Idę o zakład, że te dwie kobiety, które przypadkowo znalazły się w kadrze, to Niemki.

Źródło: Internet

 To zdjęcie, na którym Hannelore Schmidt oprowadza Stanisławę Gierek po swoim ogrodzie (rok 1976), mogłoby być wykonane równie dobrze w naszych czasach - pomijając sukienki z poliestru. Zadziwiające, ale niemal identycznie wygląda bardzo wiele Niemek, które spotykam na co dzień.

Źródło: jw.

Bezbłędnie rozpoznaję Rosjan (generalnie: Europę Wschodnią), ale przyznać trzeba, że z tym radzą sobie nawet mało spostrzegawczy. ;) Z racji wykonywanego zawodu potrafię też odróżnić Somalijczyka od Erytrejczyka, a Nigeryjczyka od Senegalczyka, choć już np. dla mojego męża to już wyższa szkołą jazdy. :) 


Jak myślicie, skąd pochodzi ta pani? Jeśli obstwawialiście na Rosję, to gratuluję! Jej twarz jest dla mnie typowo rosyjska, a jej echa widać w wielu znanych mi matkach i babkach pochodzących z byłego ZSRR.

Źródło: Internet


Niemcy, z którymi o tym rozmawiam, dziwią się nieraz, jak to możliwe. Po czym ich rozpoznaję? Trudno mi to jednoznacznie zdefiniować - po prostu to widzę. Polska aparycja najjaskrawsza jest u świeżo przybyłych, wtedy w oczy rzucają się rzeczy tak oczywiste jak fryzura czy strój. Ale oprócz tego swoją rolę gra tu postura, budowa ciała, a nawet chód. O czymś takim jak rysy twarzy, spojrzenie, wyraz twarzy nawet nie wspominam. ;)

Tzw. kompozytowa twarz typowej Polki i Polaka. Uzyskano je po nałożeniu na siebie - warstwa po warstwie - setek zdjęć. Jak dla mnie: nic dodać, nic ująć!

Źródło: azjatyckicukier.blogspot.com

Na swój własny użytek wyróżniłam kilka cech, które zazwyczaj wskazują na to, że dana osoba przyjechała z Polski. 
Jeśli chodzi o panów, to prym wiedzie fryzura, a konkretnie nieśmiertelny sznyt na 3 milimetry. Nigdy nie byłam jego fanką, bo moim zdaniem odbiera on męskiej twarzy wiele uroku i sprawia, że każdy wygląda niemal tak samo, czyli jakby dopiero co wyszedł z wojska. Fryz ten pewnie jest niekłopotliwy w pielęgnacji, ale na tym jego zalety się - moim zdaniem - kończą.

Nigdy nie zapomnę sytuacji sprzed bodajże czterech lat. Siedzę na fotelu fryzjerskim w małym zakładzie fryzjerskim w niewielkim dolnośląskim miasteczku. Obok mnie na fotelu sadowi się chłopak - na oko ma może 18-19 lat i bardzo ładną, sympatyczną twarz. Młody przystojniak. Prosi o nową fryzurę, przyniósł nawet zdjęcie z gazety. Ja zaciekawiona, nadstawiam uszu, kątem oka spoglądam na wycinek, a tam... cięcie na prawie łyso z wygolonym maszynką wzorkiem po bokach. Szkoda! - pomyślałam. Przyszło mi nawet przez chwilę do głowy, aby powiedzieć mu coś o modnych na Zachodzie dłuższych włosach i tym, że świetnie wyglądałby w innej fryzurze. Ugryzłam się jednak w język, bo coś mi mówiło, że i tak by nie zrozumiał. 

 I tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Grupa Polaków spotkana na Ibizie.

Fot. Polschland

Od paru lat obserwuję w DE inwazję undercutu, tj. wygolonych mniej lub bardziej boków głowy i dłuższej partii na czubku, tak, jak noszono np. w latach 40. ubiegłego wieku. Wydaje mi się, że moda ta dotarła do Polski z pewnym opóźnieniem (nie mówię o wielkomiejskich hipsterach, bo to nie są oni dla mnie wyznacznikiem). Podczas kiedy większość młodych Niemców, których spotykam na co dzień w mieście i na prowincji wyglądają jak klony, podczas ostatniego pobytu w Polsce (Wielkanoc 2015) skonstatować musiałam z dużą przykrością, że moda na 3 milimetry, bluzę z kapturem w rozmiarze XL i dres plus adidasy wciąż trzyma się mocno. I nie mówię tu ani o jakichś blokresach, fanach hip-hopu czy Górnika Zabrze, a o zwykłych Michałach i Krzyśkach, którzy najwyraźniej nie mają innego pomysłu na siebie.

O ile młodzież i tak stosunkowo najszybciej łapie modowe nowinki, to w przypadku starszych mężczyzn jest niewesoło. Kiedy patrzę na swoich dawnych kolegów z podstawówki czy liceum, łapię się za głowę. Gdzie podziali się ci przystojni chłopcy? W typach z podwójnym podbródkiem i brzuszkiem zdradzającym upodobanie do piwa, czipsów i kanapy ledwie ich rozpoznaję. I to nie rzecz w tym, że jakoś idealizuję ich młodzieńczy wygląd czy naiwnie sądzę, że nikt nie ma prawa się, hm, starzeć. Ale fakt, że dobijają do "35" niekoniecznie musi oznaczać odpuszczenie sobie.

Mała dygresja. Zawsze jak jesteśmy w Polsce, z ust starszych członków rodziny słyszymy przygany dotyczące naszej szczupłej (ale nie wychudzonej) sylwetki. Teść już nieraz wspominał, że mój Małżonek "po ślubie to by już mógł w końcu przytyć", podobnie jak kilkoro innych rówieśników ze wsi. Zaokrąglony mąż = dobrze gotująca żona i stateczne życie. Zabawne, że stereotyp dostatku i idącymi z nim w parze jeszcze gdzieś tam w głowach tkwi. :)

Pod względem dbałości o swój wygląd zewnętrzny większość niemieckich mężczyzn bije Polaków na głowę. Zwłaszcza na eksponowanych stanowiskach wysportowana sylwetka, dobra kondycja i aparycja (elegancki, dobrze skrojony garnitur, modne oprawki okularów itd.) to ideał, do którego się dąży - w myśl zasady "jak cię widzą, tak cię piszą". O ile Niemki w powszechnym mniemaniu nie uchodzą raczej za boginie stylu i ideały kobiecości (napiszę o tym kiedyś szerzej), to na Niemcach można faktycznie zawiesić oko. :)

Wciąż mam wrażenie, że o ile ideał Polki zakłada szeroko pojęte dbanie o siebie, to statystyczny Polak, zwłaszcza ten w starszym wieku, przywiązuje do tego o wiele mniejszą wagę. Jakby gdzieś po głowie kołatała mu się myśl, że to niemęskie (dłuższe włosy, jaskrawe spodnie, kolorowa apaszka, skórzane mokasyny na gołą stopę itd., itp.).

 Nie wyobrażam sobie takiego artykułu w Niemczech. Wynika z tego, że w PL zwiększenie się liczby zadbanych i świadomych trendów w modzie mężczyzn jest tak nowym zjawiskiem, że zasługuje na opisanie tego (?)...

Źródło: wyborcza.pl

Kolejną wskazówką, że mam być może do czynienia z rodakiem (albo z przedstawicielem innej środkowo- i wschodnioeuropejskiej nacji) jest dres - w wersji total look lub spodnie z dresu i adidasy. W Niemczech dres uznawany jest głównie za strój wybitnie sportowo-treningowy bądź szpitalno-sanatoryjny (piżamy zakłada się li tylko do spania). Innymi słowy, panowie paradujący w dresie po deptaku wyróżniają się z tłumu. Nie wspominam już o niestosowności zakładania tego elementu garderoby do pracy, jeśli nie jesteście przypadkiem trenerem czy wuefistą.

Wydaje mi się, że niektórzy polscy miłośnicy dresu nie dostrzegają nawet, że tego typu strój jest w niektórych sytuacjach zwyczajnym faux pas. Któregoś wieczoru szłam za grupą młodych chłopaków z Polski, którzy najwyraźniej od stosunkowo niedawna mieszkali w moim mieście. Byli dość rozgoryczeni i, że tak to delikatnie ujmę, przekonani o dyskryminacji z racji pochodzenia. Próbowali dostać się do kilku klubów i lokali z rzędu, jednak ochrona za każdym razem mówiła "nie". Poradziłabym im zamianę dołu stroju na normalne spodnie, ale nie powiedziałam nic - każdy musi uczyć się na własnych błędach... ;)

Polacy na jednym z festynów w moim mieście - sportowa wersja letnia.

Fot. Polschland

 Tak dla mnie wygląda strój typowego Niemca w średnim wieku, powszechny także w pracy: dżinsy, sweter (często bardzo kolorowy), koszula.

Fot. Polschland


Wyrocznia mody, Karl Lagerfeld, stwierdził kiedyś, że "kto nosi dres, nie panuje nad własnym życiem". Cytat przeszedł do historii.

Fot. Polschland

W Polsce od lat pokutuje stereotyp Niemca w sandałach i podciągniętych skarpetkach. Owszem, tacy panowie, zazwyczaj emeryci, się zdarzają. Z tego, co zdążyłam zaobserwować, skarpety plus sandały to element stroju weekendowo-relaksacyjnego. Gwoli sprawiedliwości dodam, że Polacy w niczym im nie ustępują. ;)



 Chcecie dowodów? Ależ proszę! Fotki zrobione w dniu wyborów przed konsulatem polskim we Frankfurcie nad Menem.

Fot. Polschland

Staruszek tym zdjęciu (z Newsweeka) też wygląda dla mnie jak stuprocentowy Polak. Starsi panowie szczególnie upodobali sobie kamizelki w stylu wędkarskim z 1001 kieszonkami. Mój Tato też taką ma... ;)

Fot. Polschland

Polki, zwłaszcza te starsze, także dają się łatwo rozpoznać. Przede wszystkim po rysach twarzy, ale nie tylko. Wiele z nich przywiązanych jest do popularnego przed laty balejażu - o taki wśród rodowitych Niemek bardzo trudno.

 Polska turystka w Füssen, fotka zeszłoroczna. Rozpoznałam ją właśnie po fryzurze.

Fot. Polschland

Z moich obserwacji wynika, że sporo Polek w starszym wieku nosi dłuższe włosy, upinane najchętniej tego typu klamrą.

Źródło: sklep88.drl.pl

Polki chętnie zakładają obcasy, często jako jedyne w towarzystwie. ;) O tej charakterystycznej cesze pisałam już tutaj. Chętniej niż Niemki zakładają bardziej formalne stroje - do kościoła, na jakąś uroczystość to już musowo.

Muszę przyznać, że i ja na początku mojego pobytu w Niemczech hołdowałam tej zasadzie, co kończyło się tym, że niejednokrotnie byłam najbardziej elegancko ubraną kobietą na sali. Nie było to wcale przyjemne uczucie... :) Dziś już nie mam takiej presji na strój odpowiedni do okazji. Zapamiętajcie jedno: obojętne jaka to impreza i obojętne jak nieformalnie przyjdziecie ubrane, to i tak obecny będzie tam ktoś, kto założył jeszcze bardziej luźny strój od was. Zasada ta zawsze się sprawdza! ;)

Upodobanie do kobiecych strojów, które, jakby nie było, bardzo podobają się niemieckim panom, ma dwa minusy.

Polki, przede wszystkim te starsze, niezbyt wiedzą, jak rozgryźć sytuacje wymagające stroju sportowego i turystycznego. O ile przeciętna Niemka czuje się podczas wycieczki czy spaceru po mieście jak ryba w wodzie w swoich butach trekkingowych, plecaku i wielofunkcyjnej kurtce, Polki odczuwają to jako swoisty dyskomfort i ujmę dla ich kobiecości. Już nieraz widywałam polskie turystki w sandałkach na obcasie, rajstopach, spódnicach w kwiaty, torebkach na ramię, wyglądających trochę dziwnie biorąc pod uwagę fakt, że właśnie odbywały kilkudniową podróż po Europie.

 Niemka w weekendowej wersji

Fot. Polschland

Drugie niebezpieczeństwo czające się w kobiecych, zalotnych i podkreślających kształty kreacjach, makijażu i manikiurze jest takie, że łatwo w tym wszystkim o pewną przesadę. A jeszcze gorzej, jeśli kobieta kurczowo trzyma się młodości (efekt dzidzi-piernika). I znowu, panowie pewnie nie mają nic przeciwko temu, ale dla mnie niektóre zestawy, które widuję, są po prostu niesmaczne. Przyznać muszę, że Niemki opanowały sztukę podkreślenia dojrzałego kobiecego piękna lepiej niż Polki.


 Mam na myśli właśnie coś takiego...

Fot. Polschland

Kończąc tę dygresję, wypada odpowiedzieć na pytanie, czy ja sama jestem przez Niemców jednoznacznie identyfikowana "z wyglądu" jako Polka. Mój Mąż twierdzi, że  i owszem, ja też się do tego przychylam. Trudno mi o to pytać, bo znajomi wiedzą, skąd pochodzę, a z nieznajomymi albo się o tym w ogóle nie rozmawia, albo tak czy inaczej zdradza mnie akcent bądź nazwisko. Nie ulega jednak wątpliwości, że rysy twarzy mam słowiańskie, z okragłą buzią, wysoko uniesionymi policzkami, kiedy się uśmiecham, do tego jasne włosy i oczy. :)

Raz zdarzyło mi się zostać nierozpoznaną przez jedną z Polek, która myślała, że jestem rodowitą Niemką. Widocznie nie była aż tak spostrzegawcza. ;) Możliwe też, że chodziło jej o tzw. ogólną prezencję. Od czasu, kiedy zamieszkałam w DE, mój styl ubierania się uległ dużej przemianie. Nie pamiętam już nawet, kiedy miałam na sobie coś takiego jak spodnium, bluzkę z kołnierzykiem czy obcasy w pracy - a pracuję na podobnym stanowisku co w PL. Zauważyłam, że moja garderoba nabrała żywszych barw, o wiele bardziej cenię sobie wygodę, a myślenie "w moim wieku już nie wypada" definitywnie wyrzuciłam na śmietnik. ;) 

Refleksja, która sprowokowała mnie do napisania tego posta i, ogólnie, przemyśleń w tej kwestii, nasunęła mi się podczas pewnego szkolenia dla nauczycieli języka polskiego w Niemczech. Na jednym z wykładów poświęconych wzbogacaniu słownictwa i rozwijaniu sprawności mówienia, referentki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, niekwestionowane autorytety w swojej dziedzinie, prezentowały zbiór zdjęć ilustrujących przykładowe zadania. I o ile teksty odwoływały się do realiów polskich, o tyle fotografie nie bardzo - przynajmniej w rozumieniu jednej ze słuchaczek i moim (choć nie zabrałam głosu). Impulsem do wymiany zdań była scenka z grupką przyjaciół o modelowej urodzie, w dość luksusowym wnętrzu, na tle rozpalonego okazałego kominka. Obiektywnie patrząc, sceneria przywodziła na myśl bardziej wypad na narty do Aspen i Kolorado niż Karpacz, a bohaterowie nie mieli w wyglądzie nic "polskiego".  

Po wykładzie rozgorzała burzliwa dyskusja. Koleżanka po fachu zarzuciła prelegentkom naciąganie rzeczywistości, te zaś albo nie zrozumiały, o co chodzi, albo sformułowaniami typu: "Ależ to ciekawe, co pani mówi. Nikt do tej pory nie zwrócił na to uwagi. Dlaczego pani tak sądzi? Czy myśli pani, że w Polsce nie ma takich pomieszczeń? Wiele się zmieniło, odkąd pani wyjechała z kraju" starały się zapanować nad emocjonalną wymianą zdań i wymigać się od odpowiedzi. Jedno jest pewne: takiego pytania się nie spodziewały i zdawały się w ogóle nie przyjmować do wiadomości faktu, że wygląd może zdradzać kto skąd pochodzi. Na koniec - bo dyskusję zaończyła przerwa - jedna z nich zadała pytanie: "A czy byłaby pani w stanie powiedzieć, że ja jestem z Polski"? No cóż. Owszem. Ale o tym miała się nie dowiedzieć. ;)

Wniosek z tego płynie chyba taki, że wyczuleni na tego typu szczegóły są głównie emigranci, którzy patrzą na Polaków niejako z pozycji obserwatora z zewnątrz, a konfrontowane są na co dzień z osobami o przeróżnych korzeniach. Niewykluczone, że paniom z UJ tej wiedzy zabrakło.

Dyskusja zeszła też na inne, poboczne tory. Podniosły się głosy, że przecież to nonsens, żeby w podręcznikach do języka polskiego jako obcego prezentować tylko facetów z wąsem, daewoo tico i klatkę schodową jednego z dużych osiedli. Bądź co bądź, obrazki typowo polskie. Kwestie to trudne, a odpowiedź niełatwa...

Nie znam się na kwestiach techniczno-wydawniczych, ale z łatwością mogę dostrzec, które zdjęcie jest nieagancyjnym obrazkiem. A Wy?

Fot. Polschland



 Dobrze, kiedy sięga się po coś autentycznego, ale te trzy zdjęcia dowodzą, że nie zawsze to najlepszy pomysł. Wszystkie pochodzą z książek do uczenia cudzoziemców polskiego i przedstawiają rodziny autorek. Górę wzięły kwestie finansowe czy chęć upamiętnienia siebie samych i bliskich? Kulisy pierwszego zwalają z nóg. Opisać rodzinę z ostatniego też byłoby trudno (wakacje w Egipcie?)...

Fot. Polschland

Z drugiej strony mamy typowe agencyjne fotki - te same scenki pojawiają się zarówno w podręcznikach, jak i np. w materiałach reklamowych, w różnych krajach. Autentyzmu tu za grosz. Jako uczący się i szukający kolorytu lokalnego na kartach książek do polskiego czułabym się lekko oszukana...

Fot. Polschland

Skrajnym przypadkiem jest wykorzystywanie wizerunku tzw. The Overexposed Model, która pojawiła się już chyba wszędzie i na wszystkim (tu w roli Agnieszki). Ariane, bo tak ma na imię, jest Kanadyjką, w której żyłach płynie też azjatycka krew. Wy też na pewno widzieliście ją nie raz i nie dwa. Ma swoich fanów i strony internetowe, na które można wrzucać jej fotki (np. tu).

 "Polowanie" na nią stało się i moim hobby! ;)

Fot. Polschland

Źródło: zeberka.pl















Ot, globalizacja! ;)

Fot. Polschland





Kommentare:

  1. Niesztampowy wpis. Każdy naród ma coś charakterystycznego. Też mam swoje wyobrażenie jak wygląda Polka a np. Rosjanka. Odróżnię też Taja od Wietnamczyka czy Japończyka lub Chińczyka choć mój mąż twierdzi, że są identyczni 😊 a o zdjęciach w podręczniku nigdy nie myślałam pod katem realiów i skąd mogł pochodzić. Chyba przejrzę pod tym kątem książki 📚 do angielskiego.

    AntwortenLöschen
  2. Bardzo ciekawy wpis :) Ja kończyłam magistra z przygotowaniem do podyplomowych studiów nauczania polskiego jako obcego, trochę też uczę prywatnie. Do tego spędziłam dwa lata na różnych kursach francuskiego, 3 miesiące na kursie angielskiego i także niemieckiego i najsmutniejsze jest to, że tylko w polskich podręcznikach wstydzimy się polskiej kultury, polskich tradycji i tego jacy jako Polacy jesteśmy. Nie potrafimy absolutnie sprzedać tego co mamy. Co do pokazywania w Polsce "nie białych twarzy" to akurat mi się trochę podoba, bo naród powoli trzeba jakoś uczyć tolerancji i oswajać, tylko czy z drugiej strony nie byłoby lepiej pokazać kogoś kto w Polsce naprawdę żyje?

    Polaków wszędzie rozpoznaję, mój facet Polki potrafi od razu rozpoznać, większość z nich zatrzymała się w latach 90, sreberko, cekiny, tleniony i wysuszony blond, dużo makijażu :)) Ty to jednak jesteś level hard :)

    AntwortenLöschen
  3. Bardzo ciekawy wpis. I trafne spostrzeżenia. Też mam podobne. Zdecydowanie Polaka od Niemca odróżnisz na pierwszy rzut oka. Podobnie jak Polaka od Holendra albo Niemca od Holendra. Nota bene, holenderscy faceci są zdecydowanie bardziej eleganccy od Niemców.
    A jeszcze mam małe uzupełnienie odnośnie dzieci. Dzieci też można łatwo rozpoznać i to niezależnie od rysów twarzy. Polskie są zawsze mocniej opatulone niż niemieckie. Niemieckie za to mają w razie deszczu Matschhose i Regenjacke. Ale nawet na wózku są bez czapek i gołymi nogami wystającymi spod spodni.

    AntwortenLöschen